Menu


Główna
Zalinkuj

Księga

Zobacz
Wpisz się

Archiwum

2010
sierpien (1)



Szablon

Layout&html - Monia
Dostosowany do - Mylog
Użyto - # &
Więcej?

|00| Prolog

wtorek, 17.sierpnia.2010, 19:09
31 grudnia 1926, Londyn

Ciemną, londyńską uliczkę oświetla tylko i wyłącznie nikły blask srebrnego księżyca wychylającego się nieśmiało zza chmur. Mroczną ciszę panującą w tym miejscu, mąci co jakiś czas odgłos śmiechów i rozmów ludzi przechodzących ulicą, która krzyżuje się z zaułkiem.
W pewnym momencie w uliczkę skręca zataczająca się kobieta. Osłonięta jedynie kilkoma brudnymi ubraniami, drży cała i cicho płacze. W końcu zauważa, że trafiła na ślepy zaułek, więc zawraca. Główna ulica jest akurat pusta. Słychać tylko szczek bezdomnego psa i muzykę grającą w jakimś budynku. Kobieta odgarnia brudne, czarne włosy z twarzy i rozgląda się. Granatowe oczy błądzą po okolicy, poszukując bezpiecznego miejsca. Ich właścicielka przemierza jeszcze sporą drogę zanim odnajduje to, czego szukała. Chwiejąc się na chudych nogach, idzie w stronę sporego, brzydkiego budynku. Przy bramie zatrzymuje się na chwilkę by trochę odsapnąć, jednak szybko bierze się w garść i rusza dalej. Przy schodach wyczerpanie zwycięża, kobieta zatacza się i upada. Na szczęście w porę ktoś ją łapie, ochraniając przed bolesnym upadkiem. Wkoło siebie słyszy jakieś głosy, ale niewyraźnie, jakby dobiegały z daleka.
- Bernadette, przynieś czyste ręczniki, Patsy, jak masz znów zwymiotować na widok kropli krwi, to lepiej wyjdź stąd i zawołaj przy okazji Ann – woła wysoka, starsza kobieta o słomianych, długich włosach i troskliwym spojrzeniu. Odgarnia długie, atramentowe włosy z twarzy nieznajomej i próbuje ocenić sytuację. – Kochanie, nie umieraj. A jeśli musisz, to nie zabieraj ze sobą dziecka… - szepcze cicho.


Zaniepokojone kobiecymi krzykami dzieci zebrały się w jednym z pokoi. Po pięciu minutach odkryła to opiekunka i teraz czeka z nimi na koniec okropnych wrzasków. Po godzinie oczekiwania wszystko nagle cichnie. Patsy wstaje z krzesła, które ustawiła w rogu, gdzie mogła obserwować wychowanków i wychodzi z pokoju. Schodzi po schodach i kieruje się do pomieszczenia, w którym zdecydowano się odebrać poród. Uchyla lekko drzwi i zagląda do środka. Na początku wydaje jej się, że niemowlęta trzymane w ramionach opiekunek, Trudy i Bernadette, są martwe, gdyż nie wydają żadnego odgłosu, jednak w porę zauważa nikły ruch jednego z dzieci. W końcu odważa się spojrzeć na matkę. Nieprzytomna i spocona leży na łóżku, ciężko oddychając.
- Niesamowite dzieci – szepcze Bernadette. – Nawet nie zakwiliły, już nie wspominając o płaczu.


Od przybycia nieznajomej do Sierocińca Wool's minęły dwie godziny. Jakiś czas temu ocknęła się i spogląda teraz na swoje dzieci.
- Mam nadzieję, że są podobne do tatusia – mówi resztkami sił.
Berandette, która przy niej została, kiwa głową.
- Dziewczynka niech się nazywa Haven, bo sama zawsze chciałam się tak nazywać, i Hekate, po mojej matce. A chłopca nazwijcie Tom, po jego ojcu, i Marvolo, po moim ojcu. Na nazwisko niech mają Riddle.*
Bernadette widzi, że kobieta jest już całkowicie wyczerpana, dlatego zapewnia ją, iż spełnią jej prośbę i odbiera od niej dzieci. Kładzie je na drugim łóżku i zaraz potem się odwraca, jednak nieznajoma już nie żyje.
____________________________________

* - Żeby nie było żadnych pretensji – wzięłam to z HPiKP, bodajże rozdział 13. Oczywiście, trochę pozmieniałam :)
Morgana Le Fay
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi: